Lewą ręką zbudowałem ścianę, Za którą nocą zamarznie twój bóg Polarne wiry tną psychosfery, Dzielą przez zero liczbę wymiarów, Rozcinają jelita astralnych płodów, Kopyta w zagrodzie depczą na miazgę, Pisklęta i larwy stelarnych bękartów Wszechobecna niegościnność, Zmiatała mi z progów, Wióry i śnieg prosto w twarz, Ścieżką Lewej Ręki doszedłem do końca, Gdzie w ogniu skwierczał trupi wosk, Nad dymiącą czarą przywołałem Wilka, By rozgryzł więzienie z betonu i rdzy, Przez ogrodzenie z kolczastego drutu, Z księżyca co noc zwisa sznur, Łopata grabarza uderza wciąż w dół, Absolutne zimno bezustannie drąży, Pozaziemskie skazy w korze drzewa życia, Lif i Lifthrasir nie znajdą schronienia, Krwioobieg świata zatka się skrzepem, Wdycham żrący miazmat w zamarzniętym ogrodzie, Poprzecinanym światłami martwych gwiazd, Świerki na trumny rosną wciąż w górę, Odporne na zimno Nekrokosmosu, Czekam na drakkar z trupich paznokci, Sköll i Hati w końcu dogonią książyc i słońce, A Garm zawyje głośno przed Gnipa jamą