Spomiędzy skał bezimiennych Na skrzydłach tańczącego wiatru Przybywa rozpalona namiętnością nadzieja Pełznie, jak włócznia, ku gardłu wroga A ostrze jej zatruwa jęczącym pożądaniem Bogactw smak, pustki noc Żądzy ślad, woli moc Ostrza jęk, ślepiów wdzięk Śliska myśl wysysa światło Powite w pociągającej ciemności A smak jego wiedzie ku pieczarze pokusy Lecz skarbów jej strzeże olbrzymi gad Pokryty łuskami zazdrości Ślepia jego to zachłanność A chciwe szpony to śmierć Wielu wykraść klejnoty chciało Lecz zgromił ich gniew jego wieki Nieposkromiony i nieprzebrany Przedzierasz się przez głazy A żądza pcha cię, by podążać jej zapachem Olbrzymia jama jaskini Rozwiera swą solistą paszczę Zionąc na ciebie pragnieniami Pękają więzy rozsądku i woli A ty wchodzisz, wchodzisz, wchodzisz Drżą niebiosa, znów bitwy rozbrzmiał zew Znów żyje bestia, w jej żyłach płonie krew Przy blasku księżyca rozwija skrzydła swe W dwóch krwawych ślepiach twój strach odbija się Czarny jak otchłań, jak mroczne cienie drzew Wściekłości płomień rozpala smoczy gniew Strachu płacz, zimny blask Śmierci krzyk, kości trzask Płomieni żar, klejnotów czar Zapomnij, wrogu, o skarbie, który tkwi Ukryty w skrzyniach zbyt wielu o nim śni Płomienna kula rozprasza jamy mrok Straszliwy płomień wypala z oczu wzrok Wielkie bogactwo w pomroku lochów tkwi Zapomnij, śmiałku, nie ujrzysz mojej krwi Pośród skał bezimiennych Pokryte skrzydłami tańczącego wiatru Rozpalone nadzieją Spoczęło ciało zbyt chciwe By przetrwać smoczy gniew