Kaduceusz Lyrics


Nabrzmiałe troskami spuchnięte powieki,

ciężarem cieni ciągnięte ku ziemi.

Pod nimi ciemne źrenice, wpatrzone w nadzieję,

wpatrzone w nicość.

Usta układam w wyrazy, myśli w idee i zdania.

Jątrzą się we mnie tęsknoty, upuszczam je więc litrami.

Spływają i ciekną po rękach, czerwona i gęsta posoka.

Z głębi wylewam na zewnątrz, utopie każdego jak zdołam.

Krztuszę i dławię się własnymi słowami,

trzymając je ciasno pomiędzy zębami.

Wyprę się znaczeń, położę i zasnę,

spać będę długo, dopóki nie zgasnę.

Będę kim zechcesz tylko pozwól, że będę,

że będę tym samym na zawsze i wszędzie.

I już się nie zmienię, dla kogo bym miał.

Zostanę przy tobie, zdychając sam.

Codziennie trwanie, z niewiele w nic.

Kierat pragnień, stracone dni

Ile was jeszcze obdarzę kwiatami,

wyschnięte badyle kłujące kolcami.

Przedłużam tę noc o każdym świcie,

mijam ze słońcem niechcącym mnie widzieć.