Nabrzmiałe troskami spuchnięte powieki, ciężarem cieni ciągnięte ku ziemi. Pod nimi ciemne źrenice, wpatrzone w nadzieję, wpatrzone w nicość. Usta układam w wyrazy, myśli w idee i zdania. Jątrzą się we mnie tęsknoty, upuszczam je więc litrami. Spływają i ciekną po rękach, czerwona i gęsta posoka. Z głębi wylewam na zewnątrz, utopie każdego jak zdołam. Krztuszę i dławię się własnymi słowami, trzymając je ciasno pomiędzy zębami. Wyprę się znaczeń, położę i zasnę, spać będę długo, dopóki nie zgasnę. Będę kim zechcesz tylko pozwól, że będę, że będę tym samym na zawsze i wszędzie. I już się nie zmienię, dla kogo bym miał. Zostanę przy tobie, zdychając sam. Codziennie trwanie, z niewiele w nic. Kierat pragnień, stracone dni Ile was jeszcze obdarzę kwiatami, wyschnięte badyle kłujące kolcami. Przedłużam tę noc o każdym świcie, mijam ze słońcem niechcącym mnie widzieć.